Denver jest największym miastem malowniczego stanu Kolorado. Na wskroś nowoczesne, stanowi świetną bazę wypadową w pobliskie Góry Skaliste – Colorado Rocky Mountains. Uroki miasta i gór w graficznym skrócie zobaczymy na flagach stanowej i miejskiej, które pełnią barw powiewają na wielu rządowych budynkach.
Miasto Denver powstało w czasach gorączki złota, stanowiło wygodną bazę zaopatrzeniową dla górników. Dzięki cennemu kruszcowi szybko się rozwijało i ten trwający do dzisiaj rozmach widać bardzo wyraźnie. Dzisiaj w lekko ponad półmilionowym Denver dominuje przemysł lotniczy, samochodowy i metalowy, a także elektrotechniczny. Miasto określa się mianem Miasta na Wysokości Mili, ponieważ jest położone w przybliżeniu jedną milę ponad poziomem morza. Mieszka tutaj też garstka Polaków. Podobnie jak w innych mniejszych miastach USA, Kanady czy Australii działa tutaj Dom Polski oraz kilka restauracji i sklepów z naszymi, swojskimi przysmakami. Jest też polski kościół – parafia św. Józefa.

Panorama zatopionego w zieleni Denver
Złoto wciąż aktualne
Denver, którego początki sięgają 1858 roku, powstało około 10 lat po odkryciu złóż złota w Kalifornii. Tereny, na których odkryto złoto, należały wówczas do terytoriów Kansas i Nebraski. Stan Kolorado utworzono znacznie później. Tutejsza gorączka złota i srebra choć może troszeczkę późniejsza, niż ta w Kalifornii, też sprawiła, że szybko powstawały tutaj składy i magazyny materiałów potrzebnych w górnictwie. Jak grzyby po deszczu otwierały się różnego rodzaju saloony, bary, sklepiki i hotele oferujące licznie napływającym przybyszom tego czego potrzebowali. A w miasteczku Boulder powstała słynna na cały świat szkoła górnicza – Colorado School of Mines. Pamiętam, jak w osadzie górniczej Kalgoorlie-Boulder w stanie Western Australia podczas konferencji poświęconej nowoczesnym metodom monitoringu w kopalniach, spotkałem naukowca też z Boulder, ale tego z Kolorado.

Sklepik z pamiątkami w westernowym stylu
Niepotrzebna olimpiada
Jesteśmy obecnie w Polsce w stanie gorączkowego przygotowywania się do igrzysk futbolowych, czego widocznym przykładem jest Warszawa przypominająca wielkie kretowisko, a o kretowiskach i bankach śpiewa się już w Polsce ballady. A tu ciekawostka rodem z Denver, która może stanowić przykład demokracji stosowanej. Miały się tutaj w 1976 roku odbyć Zimowe Igrzyska Olimpijskie. Jednak mieszkańcy ostro zaprotestowali przeciwko ogromnym kosztom, które miasto i stan musieliby ponieść przy tej okazji. I w taki oto sposób olimpiada odbyła się nie w Denver, ale w Innsbrucku.

Chyba tylko w Denver takie pomieszanie brył i stylów
Idealne miejsce na spacery
Wędrówkę po mieście polecam zacząć od budynku Kapitolu, pięknie usytuowanego wśród skwerkowo-parkowej zieleni. Stąd to już tylko kroczek do samego centrum. Troszkę podobne w charakterze do Houston, otaczające nas budynki onieśmielą nas kombinacją niebiesko-zielonkawego szkła i aluminium. Ale nie są przy tym zbyt duże i dlatego nie przytłoczą nas swoimi wymiarami tak jak te na przykład w Nowym Jorku. W samym centrum jest uroczy deptak który wieczorem nagle ożywa i wszędzie na otwartym powietrzu tłumy młodzieży i studentów celebrują zakończenie tygodnia. Niezliczone bary, restauracje i kluby oferują najrozmaitsze dania i rozrywki. Można też nawet o północy zamówić pyszne lody, co też uczyniłem. Wszędzie czysto i porządek, nie ma mowy o potłuczonych buteleczkach po piwie czy papierosowych niedopałkach. Ciekawe jest również miejscowe Zoo, no ale na to nie starczyło mi już czasu. Wolałem zobaczyć zwierzęta w naturze i dlatego po opuszczeniu Denver udałem się do Gór Skalistych – Colorado Rocky Mountains.

Ze skwerkowej zieleni wyłania się Kapitol
Ryszard F. Poplawski
Teksas kojarzy nam się z kowbojami i wielkimi stadami bydła, ale w Houston, największym mieście Teksasu, drugiego po Alasce pod względem wielkości stanu USA czeka nas wiele niespodzianek. Jedna z nich to centrum lotów kosmicznych NASA.

Chciałoby się czymś takim polecieć
Burzliwa historia
Teksas należał niegdyś do korony hiszpańskiej, a po odzyskaniu przez Meksyk niepodległości w 1821 roku stał się częścią tego kraju. Rząd Meksyku pozwalał osiedlać się amerykańskim farmerom ażeby rozwinąć rolnictwo i hodowlę. Odsadnicy wkrótce tak urośli w siłę, że zaczęli domagać się swoich praw, a potem walczyli o niezależne państwo fortyfikując się miedzy innymi w forcie El Alamo. Niemałą rolę odegrał tutaj Samuel Houston, to jego nazwiskiem nazwano największą metropolię Teksasu. W roku 1848 po przegranej wojnie amerykańsko-meksykańskiej Teksas przyłączony został do USA podobnie jak inne północne stany Meksyku. Stolicę stanu ustanowiono wtedy w niedużym mieście San Antonio.

Centrum z kolorowego szkła i stali
Kosmiczne przygody
Houston na wskroś nowoczesne, dynamiczne miasto jest siedzibą firmy elektronicznej ,,Texas Instruments”. Niektórzy z nas pamiętają jeszcze kalkulatory z tej firmy kupione w Peweksie lub od marynarzy, migotające czerwonymi oczkami cyfr zatopionych w czymś co przypominało czarną, płaskodenną łódkę. Bardzo ciekawe jest centrum lotów kosmicznych. Można tutaj na otwartym powietrzu podziwiać statki kosmiczne, pojazdy, rakiety, wszystko oryginalne z różnych epok. Jeździ się wśród tych „eksponatów” elektryczną ciuchcią z wagonikami. Wewnątrz budynków można natomiast podziwiać różne kapsuły statków kosmicznych służące astronautom za mieszkania. Ciekawe są kombinezony astronautów, te z lat 50-tych i te współczesne. Zwiedzam fabrykę promów kosmicznych „Challenger”. Widok jest niesamowity kiedy to coś co migocze niewyraźnie na ekranie telewizora można zobaczyć własnymi oczami. Olbrzymie kadłuby przypominające wieloryby w trakcie montażu no i sterylnie czysta hala produkcyjna, a właściwie laboratorium. Natomiast centrum lotów kosmicznych sprawia wrażenie odległej, niezamieszkałej planety. Nie ma tu żywego ducha, pracownicy poszli na lunch, a wszystko i tak sterowane jest komputerami.

Lunch ważniejszy niż te głupie statki kosmiczne…
Bush Library
Ciekawe w swoim rodzaju muzeum poświęcone prezydentom USA, różnym misjom wojskowym i programom w które angażowały się Stany Zjednoczone. Każdy prezydent USA od George’a Washingtona, Abrahama Lincolna aż do bardziej współczesnych, posiada tutaj wykonaną ze szlachetnego drewna szafkę, a raczej oszkloną gablotkę, a w niej ulubioną fajkę, parasol, kijek do gry w golfa, kapelusz, etc. Moje rozmyślania przerywa szept pani pilnującej porządku, która oznajmia lekko podniecona że „He is coming” (on idzie). Pytam się kto On? „No jak to, Pan nie wie?” – pyta wielce zdziwiona. Patrzę i oczom nie wierze, a tu wprost na mnie idzie George Bush senior w towarzystwie ochroniarzy. Zamieniłem z nim kilka zdań w przeciągu około 15 sekund, a kolega nawet usiłował zrobić mi w tym czasie pamiątkowe zdjęcie. Ochłonąłem trochę i wyszedłem na dziedziniec przed biblioteką, gdzie przywitały mnie pędzące rumaki, odlane z brązu oczywiście. Miałem jeszcze tego dnia okazję zobaczyć raczej skromny dom rodziny Bushów.

George Bush senior w Bush Library
Fantazja chińskiego milionera
Polecam miejscową galerie sztuki, gdzie nowoczesne formy w malarstwie i rzeźbie na pewno nas zainspirują i podobnie jak muzyka Gershwina wprowadzą w amerykański, artystyczny nastrój. Ciekawe jest też muzeum przyrodnicze z gigantycznymi szkieletami dinozaurów. Ale dla spragnionych rzeczy niesamowitych polecam jedyne chyba w swoim rodzaju muzeum, a raczej skansen. Otóż w szczerej pustyni niedaleko Houston, chiński milioner zbudował Chinatown. Są tutaj ogródki chińskie, pływające w jeziorkach żółwie i złote rybki wielkości karpia oraz miniaturowa replika Zakazanego Miasta. Milcząco spogląda na zwiedzających Terakotowa Armia w skali 1:3. Szczegółowo jest też pokazany system tradycyjnego chińskiego budownictwa. Jest to fragment drewnianej konstrukcji budynku z wyeksponowanymi dźwigarami i zastrzałami, które mają za zadanie wytrzymać trzęsienia ziemi. Po zwiedzaniu tej arcyciekawej oazy wracam do miasta gdzie spacer wśród nowoczesnych wieżowców z kolorowego szkła kończę przy gigantycznym, sztucznym wodospadzie. Dzień wieńczę wieczorem z przyjaciółmi w teksańskim barze, gdzie bez kapelusza wstęp jest wzbroniony.

Terakotowa Milcząca Armia
Ryszard F. Popławski
Zbliża się rocznica trzęsienia ziemi i katastrofy nuklearnej w Fukushimie w Japonii. Skażenie nie potrwa wiecznie i być może wybierzemy się w przyszłości nad urokliwe jezioro Kawaguchiko, które jest pięknie usytuowane u podnóża najwyższego szczytu tego kraju – góry Fuji-san.
Jezioro osobliwości
Mieszkając w krainie tysiąca jezior i wędrując po świecie nie sposób oprzeć się urokom jezior, które choć położone często daleko stąd przypominają trochę te nasze polskie. Takim jest na przykład jezioro Kawaguchiko w prefekturze Yamanashi, które jest podobne do jeziora Solińskiego w Bieszczadach. Pierwszy mój kontakt z jeziorem był z „lotu ptaka”, czyli podczas wspinaczki na szczyt Fuji-san. Jezioro to jest otulone delikatnym welonem mgieł i trzeba cierpliwie poczekać, kiedy promienie słońca oświetlą kontury jeziora. Z wyższych partii góry kiedy napotyka się już na białe bramy Tori, jezioro jak fatamorgana zniknie nam z pola widzenia.

Jezioro Kawaguchiko zniknęło za chmurami
Relaks nad jeziorem
Prawdziwy relaks zafundowałem sobie nad brzegami jeziora po wyczerpującej, zakończonej sukcesem wspinaczce na Fuji-san. Trudno w całej Japonii wyobrazić sobie lepsze miejsce na wypoczynek. Brzegi jeziora porastają szuwary i tataraki, a w oddali majaczą niewysokie, zalesione góry. Dominującymi drzewami są tu sosny „matsu” albo małe sosny – „komatsu”. Ale można też spotkać krzewy wiśni „sakura”, a nawet drzewa klonowe. Zapominamy o zgiełku i harmiderze wielkich metropolii, a w przeciwieństwie do atmosfery zespołów świątynnych takich jak te w Nikko czy Kamakurze, czujemy się tutaj zupełnie swobodnie. Na przejażdżkę zaprasza statek wycieczkowy w kształcie wielkiego delfina. Inny w „skórze” XIX wiecznego parostatku dumnie prezentuje swój komin. Nieopodal przystani jest ciekawa rzeźba sztuki nowoczesnej przedstawiająca nagie kobiece postacie powyginane w esy-floresy z floralnymi zdobieniami. Są to według miejscowej legendy witalne siły jeziora. A ja wierze, że te właśnie siły spowodują odrodzenie się Japonii po niedawnych katastrofach.

„Delfin” zaprasza na przejażdżkę po jeziorze Kawaguchiko
Lokalne przysmaki
Po takim leniuchowaniu wybrałem się do pobliskiego miasteczka o tej samej nazwie, tj. Kawaguchiko i w supermarkecie spożywczym i kupiłem całe, upieczone na ruszcie kałamarnice. Zanurzone w lekko słodkawym, brunatnym sosie teryaki, wraz z zielonymi glonami stanowiły prawdziwy przysmak. Wszystko to zostało podgrzane w kuchence mikrofalowej z dołączonymi pałeczkami gratis. Nad jeziorem taki nieskomplikowany posiłek smakuje przewybornie. Ale jest tu oczywiście całe mnóstwo ryb i innych owoców jeziora do wyboru. Wieczorem udaje się na spoczynek do miejscowego schroniska młodzieżowego. A tu wielkie ożywienie, młodzież szkolna z Francji. Pytam się czy będą atakować wulkan, czyli wspinać się na Fuji-san. Powiedzieli że nie, tylko na nią popatrzą, a raczej na jej podstawę, ponieważ resztę przykrywał całun mgieł. Zamierzali natomiast wczasować nad jeziorem, czego też Czytelnikom życzę.

Witalne siły jeziora Kawaguchiko
Ryszard F. Popławski
Bez wątpienia Brazylia słynie z barwnego karnawału w Rio de Janeiro. Można też zastanawiać się nad prozą, a raczej marnością życia w slumsach albo podziwiać produkowane w tym kraju niewielkie, supernowoczesne pasażerskie samoloty odrzutowe. Prawie nieznane są natomiast przepiękne wspaniałości natury, a zwłaszcza rezerwat skalny Vila Velha.
Żeby dotrzeć do tych mało rozreklamowanych, ale za to bardzo ciekawych skałek musimy najpierw dostać się do miasta Curitiba w stanie Paraná. Z dworca autobusowo-kolejowego rejsowym autobusem bez trudu dojedziemy do mniejszego, ćwierćmilionowego miasta Ponta Grossa co potrwa około dwu i pół godziny. Dalej z Ponta Grossa bez trudu dotrzemy na miejsce lokalnym autobusem.
Taça – czyli kielich gigant
Kielich olbrzym i śpiący wielbłąd
Skały, które ukażą się naszym oczom są wynikiem erozji, jaka miała tutaj miejsce wiele milionów lat temu, podobnie jak to można zaobserwować w Wielkim Kanionie w USA. Jest jednak pewna różnica. Tutejsze brazylijskie skały przybrały fantastyczne wręcz kształty. Są czerwonawe ponieważ składają się ze skał o dużej zawartości tlenków żelaza. Najbardziej oryginalna to zwana w języku portugalskim Taça, czyli kielich. Jest on ogromny i przeczy niemalże każdemu prawu fizyki. Aż dziw że nie runie. Inna skała nie mniej ciekawa to śpiący wielbłąd. Podobny trochę do tego na Wyspie Króla Jerzego (King George Island) na Antarktydzie, którego miałem okazję podziwiać nieco wcześniej. Z tą różnicą, że ten brazylijski ma delikatną sierść z zielonych traw i ziół.
Skalny żółw i Maczuga Herkulesa
Ciekawy jest też skalny żółw, zwany tutaj Tortuga. Wygląda jakby robił konkurencję swoim kuzynom z Galapagos. Ale przerażające wręcz wrażenie robi dopiero dziób gigantycznego statku, który jakby po tsunami zarył się na zawsze w ziemię. Jest też inny wybryk matki natury, twór trochę podobny do Maczugi Herkulesa w Ojcowskim Parku Narodowym. Tylko że ten brazylijski dziwoląg jest szczupły i czerwonawy, a nie krępy i szarobiały.
Paryskie ulice
Najciekawsze są jednak chyba paryskie ulice. Nazwałem tak kaniony porośnięte bujną tropikalną roślinnością ze zwieszającymi się tu i ówdzie lianami. Podobne trochę do tych w Oregonie, usytuowanych niedaleko wodospadu Multnomah Falls. Jest jednak duża różnica i niesamowita wręcz ciekawostka. Tutejsze kaniony, a jest ich całkiem sporo zbiegają się tworząc coś w rodzaju placów, podobnie jak to czynią paryskie ulice. Wrażenie jest niesamowite, zwłaszcza jak się spojrzy do góry. Wtedy geometria tych ulic i placów jest bardzo wyrazista. Skały kontrastują czernią na tle jasnego błękitu nieba. Na dole natomiast, zieleń pnączy i niesamowite wręcz cienie kładące się po skalnych ścianach napawają i grozą i pięknem.
Jeziorko kraterowe
Kolejny cud natury nieożywionej to położone niedaleko stad małe jeziorko kraterowe, coś na kształt gigantycznej studni, na dnie której błyszczy tafla szmaragdowej wody. Lokalna nazwa to Buraco do Padre. Na dół można zjechać supernowoczesną szklaną windą, co też uczyniłem. Po zwiedzaniu łapię autobus z powrotem do Ponta Grossa, urokliwego miasta położonego na niewielkich wzgórzach. Tu i owdzie pod niebo strzelają dumne araukarie. Jest już późna pora, zmrok dawno zapadł. Dworzec jest na szczęście rzęsiście oświetlony, a smakowite zapachy wydobywają się z kilku barów. Można tutaj pójść do fryzjera, kupić używany akordeon albo pomodlić się o szczęśliwą podróż w kapliczce z figurką Matki Bożej i maleńkim basenikiem z wodą i kwiatami tuż obok. Ponadto, tak prozaiczne sprawy jak krawężniki dworca pomalowane są na biały, niebieski lub czerwony kolor i w taki oto prosty sposób umilają podróżowanie. A odjeżdżają stąd autobusy we wszystkich kierunkach, a nawet do Buenos Aires. Ale to nie wszystko, wszędzie wypielęgnowane klomby kwiatowe oraz intensywnie pachnące kolorowo kwitnące drzewa i ani śladu jakiegokolwiek śmiecia czy niedopałka papierosa. Spieszę się do mojego hoteliku, a tu przed dworcem żegna mnie rzeźba – miniaturowa Taça, czyli kielich. Oświetlony intensywnym zielonym światłem, otulony mrokiem nocy tajemniczo zachęca do zwiedzania skalnego rezerwatu Vila Velha, co właśnie uczyniłem.

Przepastne kaniony w Vila Velha
Ryszard F. Popławski
Najwyższa góra Japonii – Fuji-san często maskuje się podobnie jak kobieta. Zamiast welonu czy woalki używa do tego celu mgły. Wielu zagranicznych turystów przeżywa rozczarowanie, bo będąc u jej podnóża widzi tylko jej podstawę. Odnosi się wrażenie że góra po prostu zniknęła. Żeby ją zobaczyć niezbędna okaże się wspinaczka.
Z centrum Tokio łapię autobus ażeby wieczorem być u podnóża góry Fuji-san. Po wielogodzinnej podróży wysiadam na placu, otoczonym przez przytulne hoteliki i wydzielające kuszącą woń restauracje i bary. Nie brakuje też sklepików z pamiątkami gdzie można zaopatrzyć się w japońskie flagi bądź kijki wędrowniczki. Wszystko to na wysokości około 1200 metrów. Ażeby osiągnąć szczyt położony na wysokości 3776 metrów dalej trzeba iść pieszo. Dochodzi godzina 22.00. Wejście na górę o tej porze jest ambitnym celem Japończyków, musza oni przynajmniej raz w życiu górę zdobyć. Jeżeli zacznie się wspinaczkę wieczorem, to jest szansa że ze szczytu góry pierwsi na świecie zobaczymy wschodzące słońce i początek nowego dnia. Wszyscy inni ludzie zobaczą słońce deja vu – czyli już widziane.
Idylliczne widoki i choroba wysokościowa
Na placu ruch i ożywienie. Grupy młodych roześmianych Japończyków szykują się do szturmu o górę. Wesoło stukają kijkami z dzwoneczkami. Jest noc, dlatego trzeba się zaopatrzyć w porządną latarkę. Aż tu nagle choroba wysokościowa dopada mnie po raz pierwszy w życiu. Co ciekawsze nie dopadła mnie ani w Machu Picchu, ani na jeziorze Titicaca gdzie byłem kilka lat wcześniej. Postanawiam przejść chociaż trochę, żeby zobaczyć słońce w prawdziwie górskiej scenerii, a nie z okien hotelu. Słońce witam siedząc na rozłożystej sośnie która poskręcana od wiatru kształtem przypomina fotel, zapewniając duży komfort. Widok jest niezapomniany. O świcie, czerwono-pomarańczowe słońce jak gigantyczna landrynka wyłoniło się zza sinoszarej mgły.
Japońska kawaleria i piechota
Ponieważ największe tłumy przewaliły się w nocy, z rzadka mijają mnie niewielkie grupki turystów, sami Azjaci. Kilku japońskich kowbojów, jeden w czarnym kapeluszu, konno zaatakowało górę. Zbocza pokrywają murki oporowe ułożone w zygzaki, zapewniające stabilność. Widoki dookoła przepiękne. Góra która dzisiaj przedstawia rumowisko tufów i popiołów, jeszcze 200 lat temu była aktywnym wulkanem. Nagle w pełnym umundurowaniu, w hełmach i z plecakami energicznie maszeruje oddział wojskowy. Wykonują ćwiczenia kondycyjne, jest wśród nich kilka kobiet. Przypominają trochę żółwie Ninja.

Japońska piechota na manewrach
Japońscy górale
Wspinaczka jest dość nużąca zważywszy ze mam około 23 kilo bagażu, jeden duży plecak i mniejszy z przodu. Z zazdrością patrzę na wspinających się tylko z podręcznym bagażem. Planuję zejście inną trasą, dlatego mam cały ekwipunek przy sobie. Po drodze jest 10 stacji odpoczynkowych gdzie można zostać na nocleg. Dostaje się wtedy koc i śpi na macie jak naleśnik na patelni ułożony obok innego naleśnika. Można też za bajońską sumę pieniędzy kupić wodę do picia lub puszkę z tlenem. Na stacjach japońscy górale podobni do krasnali, swymi brodatymi, smaganymi przez wiatr twarzami podkreślają szlachetność swojego wieku. Wypalają na kijkach-wędrowniczkach symbole danej stacji. Na dachach drewnianych zabudowań widać barwne czerwono-różowe mozaiki. Tak suszą się koce. Do trzech ostatnich stacji droga wiedzie przez śnieżnobiałe bramy Tori. W dole widać przepiękne jezioro Kawaguchi-go częściowo spowite mgłą. Ponadto chmury dookoła na wyciągnięcie ręki potwierdzają że jestem naprawdę w niebie. Musze jednak trzymać się łańcuchów żeby przypadkiem nie poszybować.
Lody we wnętrzu krateru
Około piątej wieczorem zdobywam szczyt. Skały wokół oraz wewnętrzne ściany krateru są czerwonawo-brązowe, a w jego wnętrzu na dole widać śnieg i lód. Wszyscy robią sobie pamiątkowe zdjęcia. Ale to garstka w porównaniu z tymi, którzy jeszcze tak niedawno wesoło wyruszali w trasę. Szybko zapada zmierzch, a tu trzeba inną trasą zejść na dół. Grzęznę po kostki w luźnych tufach wydzielających przy okazji nieprzyjemny zapach. A po drodze jest już tylko jedna stacja i to nie odpoczynkowa, ale blok toaletowy. Ze swoich zapasów dopijam resztki mdłej Coca-Coli, bo woda dawno mi się skończyła. Zmordowany do ostatnich granic jak do zbawienia docieram do miejsca gdzie zaczynają się drzewa. Dochodzę wreszcie do najbliższego miasteczka Kawaguchi-go i w hoteliku jak martwy rzucam się na łóżko.

Wreszcie zdobyłem wulkan
dr Ryszard F. Popławski
W karnawale łatwo się zatracić zwłaszcza, jeśli za miejsce szaleństw obierzemy Rio de Janeiro. Po świetnej zabawie można jednak wybrać się na południe Brazylii żeby zobaczyć jak ten kraj naprawdę żyje na co dzień. Polecam dwumilionową metropolię Kurytyba (Curitiba), często wygrywającą pierwsza nagrodę, jeśli chodzi o komfort życia spośród krajów Ameryki Łacińskiej.

Rua das Flores – romantyczny deptak
Centrum nauki, kultury i elegancji
Kurytyba, stolica stanu Paraná, słynie ze swej europejskości, dobrego klimatu i brazylijskiego artystycznego smaku. Nie znudzimy się tutaj spacerując po starówce zabudowanej urokliwymi kamieniczkami pnącymi się pod górę. Tutaj można podziwiać barokowy budynek muzeum Museu Paranaense, a dalej urokliwy kościółek. Wokół rozstawiły się kwiaciarki wzmacniając jeszcze koloryt obfitych tutaj klombów kwiatowych.
Podczas dni wolnych od pracy i świąt rozstawiał tutaj swój straganik Tadeo „Rei do Pierogi”, czyli pan Tadeusz, polski Król Pierogów. A nad jego straganem dumnie powiewała biało-czerwona flaga. Niegdyś była tutaj nawet polska restauracja Varsovia.
A na głównym deptaku Rua das Flores tłumy spacerowiczów delektują się smakołykami oferowanymi tutaj w niezliczonych restauracjach, barach i kafejkach. Po rozkoszach Bachusa warto przejść się na spacer. Polecam położony niedaleko centrum ciekawy ogród botaniczny stylizowany na styl paryski.

Tadeu i jego pierogi pod polską flagą
Olho czyli Centrum Sztuki Nowoczesnej
Niesamowity wręcz budynek w kształcie gigantycznego oka, tak też zwanego tutaj po portugalsku Olho, mieści w sobie Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Zaprojektowany przez Oscara Niemeyera stanowi nie lada atrakcję. Zwiedzający podziwiają obrazy spacerując we wnętrzu tegoż oka. Wszystko jest pilnie strzeżone i nawet folia na cukierkach wywołuje alarm na bramce.
Autobusowe gąsienice i szklane przystanki
Trafne jest porównanie autobusów jeżdżących po Hawanie do wielbłądów, ale tutaj mamy do czynienia z prawdziwymi gąsienicami. Pomalowane podobnie jak taksówki na pomarańczowo składają się z trzech segmentów i są tak długie, że sprawiają wrażenie podmiejskiego pociągu. Jeżdżą żwawo zabierając tłumy pasażerów. A przystanki w kształcie szklanych rur robią futurystyczne wrażenie, chroniąc przy tym skutecznie przechodniów przed złośliwymi atakami aury. Tam natomiast gdzie nie ma takowych rur, wszyscy stoją grzecznie w kolejce i przestrzegają pieczołowicie kolejności. Innymi słowy nikt się nie pcha i nie rozpycha.
Bosque do Papa – skansen polskich osadników
Autobusem możemy bez trudu dostać się do Bosque do Papa, czyli skansenu polskich osadników w stanie Paraná. Wszystko podobnie urządzone jak w Olsztynku. Wzruszające podobieństwo domostw zamieszkałych przez Polaków z przełomu XIX i XX wieku. Jest też kapliczka z wizerunkiem Matki Boskiej Częstochowskiej, poświecona przez Jana Pawła II. W pobliskim parku jest pomnik tego wielkiego Polaka, ale o nieco brazylijskiej twarzy. Natomiast już poza ogrodzeniem, troszeczkę ozdobiony przez graffiti dumnie prezentuje się pomnik Mikołaja Kopernika, dar narodu polskiego dla Brazylii.
Polski siewca zostawia ślady
Interesująca jest stacja kolejowa przekształcona w nowoczesne centrum handlowe. Oprócz dobrych restauracji, kawiarenek i sklepów z fasonowymi ubraniami jest też olbrzymia księgarnia. Ale najciekawsze jest unikalne Muzeum Farmacji a także Muzeum Kolejnictwa, gdzie kantorki biletowe wykonane z przepięknego drewna przeniosą nas w świat podróżowania z epoki pary. Niedaleko stacji jest skwerek a w nim pomnik polskiego rolnika zasiewającego pole z płachty przewieszonej przez ramię. Widniejąca tablica pamiątkowa została ufundowana w 1922 roku przez miejscową Polonię. Ale niestety, oryginalną skradziono na początku XXI wieku i teraz widzimy tylko replikę.
Uniwersytet Parański
Koniecznie trzeba zwiedzić Universidade do Paraná z piękną klasycystyczną fasadą głównego budynku. Tutaj kształciło się wielu Polaków, dzieci emigrantów. To chyba jedyny kraj na świecie gdzie Polak ma bardzo dobrą opinię, jako wzorowego rolnika lub osoby wykształconej, zajmującej kluczowe stanowiska w gospodarce tego kraju. No i widzimy, że Brazylia kusi przecież nie tylko sambą i Karnawałem.
dr Ryszard F. Popławski
Kto lubi zimę powinien koniecznie odwiedzić Kanadę. Właśnie o tej porze roku duchy poszukiwaczy złota, traperów i ujeżdżaczy dzikich mustangów tworzą wraz ze współczesną elegancją i nowoczesnością prawdziwy koktajl godny poszukiwaczy przygód.
Ostatni przystanek cywilizacji
Stolica prowincji Alberty, miasto Edmonton położone w samym jej sercu, stanowi od czasów gorączki złota w Klondike świetną bazę wypadową. To właśnie tutaj, poszukiwacze cennego kruszcu i traperzy od ponad stu lat zaopatrywali się w odpowiedni sprzęt. Kilofy, łopaty oraz patelnie do wypłukiwania samorodków z potoków można było tutaj kupić w wielkim asortymencie. Nie mniej ważne były też dobre ubranie, dżinsy, skórzane ciepłe kurtki i takoweż obuwie. Wytwórcy konserw z fasolką, dostawcy suszonego, pokrojonego w paski mięsa dorabiali się tutaj fortun w astronomicznie szybkim tempie. Ich zarobki często przewyższały wartość złotego urobku niejednego górnika.
Tutaj można było się również dobrze zabawić i do syta najeść przed wyprawą na daleką Północ. Po opuszczeniu Edmonton na szlaku po złote runo można było napotkać już tylko małe, senne miasteczka, gdzie warunki dalekie były od jakiegokolwiek komfortu. Z tamtej epoki pozostało używane w Kanadzie do dzisiaj powiedzonko o chlebie na zakwasie i przygaszonych nadziejach jako jedynych towarzyszach doli lub niedoli kopaczy złota.
Dzisiaj natomiast można podziwiać miasto, które zachwyci nas swoją elegancją, czystością i porządkiem. W centrum natkniemy się na przykład na wieżowiec pokryty niebieskawymi szklanymi taflami, a przypominający trochę kolbę kukurydzy. Ale na zakupy najlepiej wybrać się do największego na półkuli północnej centrum handlowego. Wśród gąszczu rollercoasterów, sklepów, kin, na uwagę zasługują lodowiska gdzie trenują hokeiści z kanadyjskiej pierwszej Ligii. Można też podziwiać naturalnej wielkości wierną kopię statku „Santa Maria” Krzysztofa Kolumba oraz wyspę piratów. Wszystko oczywiście pod dachem. Natomiast w północnej części miasta warta odwiedzenia jest olbrzymia prawosławna cerkiew z pięknymi mozaikami i ikonostasami.

Santa Maria Krzysztofa Kolumba
Piramidy, kwiaty i origami
Niezmiernie ciekawy jest tutaj Ogród Botaniczny. Ktoś kiedyś wpadł na koncept zbudowania czterech identycznych szklanych piramid o kształcie podobnym do tej w Luwrze. Każda piramida to miniaturowy ogród botaniczny z roślinnością charakterystyczną dla danego kontynentu. I tak w jednej mamy florę Australii i Oceanii, w innej Azji, Afryki i Ameryki Południowej. Soczysta, tropikalna lub pustynna roślinność i kwiaty dobrze kontrastują z surowością kanadyjskiego klimatu, gdzie napotkać można albo trawiaste stepy albo jodłowe lasy przykryte śniegiem.
A w jednej z piramid barwna ciekawostka. Rozpostarte jak gigantyczny baldachim, girlandy kolorowych żurawi wykonanych według japońskiej sztuki składania papieru origami. Akurat tutaj młoda para kanadyjskich Japończyków robi sobie pamiątkowe zdjęcia.
Kompanie olejowe i sezamki
Edmonton, podobnie jak Calgary, jest siedzibą wielu kompanii olejowych i stowarzyszonych z nimi firm geologicznych zajmujących się poszukiwaniem nowych złóż. Prawdziwy raj dla geologów i nafciarzy. Dla turystów to również świetna baza wypadowa do parków narodowych Banff i Jasper, gdzie poczujemy klimaty kanadyjskich Gór Skalistych.
Przed wyprawą w góry trzeba się koniecznie zaopatrzyć w prowiant, ale jakież będzie nasze zdumienie kiedy odkryjemy, że prawie na każdej stacji benzynowej w niemalże całej prowincji Alberta można kupić sezamki z napisem „Made in Poland”, czyli rodem z Polski. No, oprócz ziarna sezamowego oczywiście. A batoniki te zawierające również olej, tylko że roślinny z pewnością dodadzą nam energii podczas wspinaczki po zaśnieżonych szczytach.

W Edmonton można zobaczyć również cerkiew
Wszystkie drogi prowadza na Uniwersytet
Edmonton to nie tylko miasto związane z gorączką złota. To również prężny ośrodek naukowy z bardzo rozbudowanym uniwersytetem The University of Alberta. A na kampusie, na jednym z budynków jest bardzo ciekawa, barwna ceramiczna mozaika. Jej żywe kolory z pewnością dodają studentom i profesorom wigoru i ochoty do pogłębiania wiedzy. Oprócz kierunków związanych z górnictwem naftowym, wielką wagę przywiązuje się tutaj również do ochrony środowiska i do przetwarzania surowców wtórnych. Jak piękne jest to naturalne środowisko nie zniszczone przez człowieka przekonałem się naocznie w Kanadzie, a tego wszystkim Czytelnikom z całego serca życzę.

Mozaika na kampusie The University of Alberta
dr Ryszard F. Popławski
Alberta – zachodnia kanadyjska prowincja ma się czym pochwalić. Jak okiem sięgnąć czarnoziemy, falujące łany dorodnej pszenicy o żółtym, niemalże złotawym kolorze oraz ukryte pod ziemią skarby – niezwykle bogate złoża ropy naftowej. Calgary, miasto położone na południowych krańcach Alberty, znane z zimowych igrzysk kusi nowoczesnością, a jednocześnie nie przytłoczy nas swoją wielkością tak jak by to uczyniły światowe metropolie.
Calgary nie tylko w zimie
Miasto wygląda najbardziej ciekawie właśnie jesienią, kiedy barwy słynnych kanadyjskich klonów będą mieszać się z zielenią innych drzew i krzewów, a w tle kolorytu dopełnią brązowawe bryły wieżowców. Nad wszystkim góruje podobna do kapelusza wieża telewizyjna. A samym centrum znajduje się umieszczona na postumencie zabytkowa, parowa lokomotywa, pieczołowicie odrestaurowana. Jej czarny kolor mocno kontrastuje ze szklaną, niebieską taflą biurowca.
Spacer po mieście nie jest trudny nawet w słotną pogodę, lub nawet kiedy szaleje śnieżna zamieć, której można się spodziewać tutaj nawet pod koniec października. Pieszym ułatwiają życie tzw. sky walks czyli oszklone przejścia z jednego budynku do drugiego, wysoko ponad poziomem ulic. A spacerując po ulicy można podziwiać posągi koni.
Natomiast w niewielkim skwerku niedaleko centrum można się natknąć na pomnik poświęcony ofiarom głodu panującego w latach 30-tych ubiegłego wieku na Ukrainie. Z centrum niedaleko jest też do Parku Jurajskiego, gdzie olbrzymie dinozaury naturalnej wielkości będą się tu i ówdzie wyłaniać zza drzew. Miłośnikom nauki polecam ciekawie zaprojektowane, barwne i tętniące życiem miasteczko uniwersyteckie, czyli campus University of Calgary.
Baza wypadowa górników złota
W XIX wieku podczas gorączki złota w Klondike, Calgary było miastem bazą na słynnym szlaku wiodącym do złotonośnych skał i potoków. Wędrowano stąd na północ do Edmonton, do stolicy Alberty i dalej do Whitehorse oraz Dawson City w Yukon lub nawet na Alaskę.
W Calgary i Edmonton zaopatrywano się w namioty, narzędzia górnicze, prowiant. Miasta te rozwijały się jak przysłowiowe grzyby po deszczu. Dzisiaj Calgary to świetna baza wypadowa do parków narodowych Banff i Jasper. A w galeriach sztuki jest wiele ciekawych dzieł stworzonych przez lokalnych artystów. Nawet można odszukać impresjonistyczne obrazy przedstawiające nostalgiczne ostańce kanadyjskiego krajobrazu – zbożowe elewatory. Był projekt, żeby się ich całkowicie pozbyć, ale obecnie nawet te już nie spełniające swych funkcji, podobnie jak holenderskie wiatraki znalazły się pod ścisłą ochroną.
Nanton – elewatory i samoloty
Przemieszczając się z Calgary na południe w kierunku Montany, znajdziemy się w uroczym miasteczku Nanton. A tuż przy stacji kolejowej ujrzymy bohaterów impresji malarskich, wspomniane wcześniej elewatory. Zbudowane z drewna na planie kwadratu z dwuspadowymi zadaszeniami przypominają trochę wiatraki typu koźlak. Pięknie wpisują się w krajobraz, zwłaszcza o zachodzie słońca. Wtedy miedzianozłote promienie wydobywają głębie barw z pomarańczowych, niebieskich i turkusowych budowli.
Niedaleko jest muzeum lotnictwa, a w nim wiele oryginalnych samolotów służących w różnych epokach kanadyjskiemu lotnictwu. Można na przykład wejść do wnętrza oryginalnego wellingtona, bombowca z czasów II wojny światowej i poczuć na własnej skórze dreszczyk wojennych przestworzy, co też uczyniłem.
Zwiedzanie można zakończyć w przytulnej restauracji gdzie posmakujemy dziczyzny z niczym nieskażonych lasów, a całość dopełnimy wybornym kalifornijskim winem. Poczujemy tutaj klimat małej osady, a nawet wioski czyli Kanady, bo właśnie słowo Kanada oznacza w języku Indian wioskę.
Powrót do Calgary nie nastręcza większych trudności, a stamtąd to już tylko skok do Edmonton, a potem wyprawa na daleką Północ.

Jestem we wnętrznościach wellingtona
dr Ryszard F. Popławski
Paryż zabarwiony jest nutką wesołości i spacerując można natknąć się na rozmaite formy radosnego spędzania czasu. Wystarczy tylko zagłębić się w odpowiednie zaułki.
Spacerując po uroczych uliczkach wzgórza Montmartre, natkniemy się na niewątpliwie na malarzy, ale również na artystów jednego z bardziej znanych kabaretów paryskich – L’Esprit de Montmartre, którzy opowiadają wesołe skecze ilustrując je swoimi minami i gestami. A w przerwach, na katarynce i tamburynie grają słynne francuskie szlagiery. Przypominają trochę kapelę z Chmielnej w Warszawie. Niedaleko stąd, mim przebrany za ducha, zawinięty w białe płótna pozuje do zdjęć. A pod murami Bazyliki napotkamy kwietny stragan pani ubranej w słomkowy kapelusik. Dama śpiewa i gra piosenki na żółto-fioletowym akordeonie. Natomiast wieczorny spacer można zwieńczyć oglądając wiekową i jedyną w Paryżu winnicę z soczystymi krzewinkami. A tuż obok jest kusząca gospoda Pod Żwawym Króliczkiem (Au Lapin Agile), stanowiąca lokal nocny.
Artyści kabaretu L’Esprit de Montmartre rozbawią każdego
Folklor paryskiej ulicy
Trudno wyobrazić sobie Paryż bez piosenek takich jak Pod niebem Paryża, Domino, Padam, Padam, Pod Mostami Paryża i wielu innych. Grane najczęściej na akordeonie lub katarynce tworzą swoisty klimat danego mostu, placu lub zaułka. Na przykład na moście Pont St Louis niedaleko katedry Notre Dame, śliczna blondynka z końskim ogonem gra klasykę na skrzypcach. Ciekawy jest też targ Marché d’Aligre gdzie oprócz bajecznie tanich owoców, warzyw, serów i ryb można spotkać przeuroczą parę. Ona śpiewa, a on gra na katarynce i jej wtóruje, umilając czas kupującym. Ich barwne, zawadiackie stroje oraz pełne dynamiki ruchy stają się wraz z nawoływaniami Algierczyków i Marokańczyków uwijających się pośród kolorowych owoców, swoistą symfonią dla ludu. Obok dwie starsze panie podobne do krasnali z dziecinnych bajek sprzedają cebulę, czosnek i rzodkiew. Ceny są ręcznie wypisane na drewnianych tabliczkach zaopatrzonych w komiksowe rysunki ptaszków, króliczków, wiewiórek. Wszystko to pamięta zapewne dobre przedwojenne czasy. Natomiast wybierając się na zwiedzanie Luwru najlepiej udać się tam mostem dla pieszych Pont des Arts. Jego stalowa, zwinna sylwetka inspiruje spacerowiczów, którzy przychodzą tutaj ażeby rozłożyć się z kocykiem, obrusem i jedzonkiem. Oprócz francuskich przysmaków zajadają się na przykład japońskim sushi.
Francuskie przysmaki najlepiej smakują na moście Pont des Arts
Moulin Rouge czyli czerwony młyn
Ciekawie wygląda czerwony a właściwie czarowny wiatrak przetransponowany na jeden z bardziej popularnych kabaretów. Na placu jednak Policja w bardzo uprzejmy sposób reguluje ruchem tak, ażeby nikt się nie pogubił w tej feerii rozrywki. A w przyległej uliczce jest prawdziwy australijski pub. Drugi taki lokal z Antypodow można odszukać stosunkowo niedaleko Centrum Pompidou. Zresztą jest tu wiele lokali rozrywkowych, kabaretów, teatrów, etc. oferujących różne, nieraz frywolne rozrywki. Do tych popularnych kolejka ustawia się na ulicy i od razu wiadomo gdzie i co jest grane. Niedaleko stad jest tez Muzeum Erotyki, Restauracja pod Czarnym Kotem – Le Chat Noir, a dalej słynny Place Pigalle, gdzie według kapitana Klossa rosną najpiękniejsze kasztany. Najciekawsza jest jednak historia pikantna z ostatniej chwili. Okazało się, że pewien wysoko postawiony urzędnik z USA przyjeżdżał tutaj zaznać ziemskich uciech i to co jeszcze bardziej bulwersujące, robił to za pieniądze podatników.
Moulin Rouge – czerwony mlyn do mielenia papryki czerwonej…
Spontaniczne tańce na Rue Moufferat
Wesoło spędzimy czas kupując najrozmaitsze frykasy w uroczym zaułku Rue Mouffetard. Po obu stronach wijącej się w dół uliczki widzimy stylowe paryskie kamieniczki, a w nich sklepy z serami, owocami mórz i oceanów lub finezyjnymi wyrobami cukierniczymi. Tu i ówdzie wykwintne restauracje kuszą lokalnymi i egzotycznymi przysmakami. Możemy też w bocznych uliczkach zaopatrzyć się w owoce i warzywa najwyższej jakości. Tak dochodzimy do niewielkiego placu, a tu niespodzianka. Na akordeonie guzikowym Chris gra paryskie szlagiery. Kolorowo ubrane wokalistki na zmianę śpiewają lub tańczą. Przechodnie włączają się spontanicznie w taniec lub łapią za mikrofon i śpiewają. Kto nie tańczy dostaje kartki ze słowami piosenek i śpiewa jak umie. Jeśli zabrzmią przeboje Edith Piaf niemalże wszyscy się ożywiają i tańczą lub śpiewają. Nawet w pochmurny dzień można się rzeczywiście rozbawić, a tego wszystkim zwiedzającym Paryż z całego serca życzę.
Barwne życie paryskiej ulicy Rue Mouffetard
dr Ryszard F. Popławski
W Paryżu można się naprawdę zakochać i odwiedzać go nieskończoną liczbę razy. Nawet jeśli uważamy że go dobrze znamy, to i tak za każdym razem odkryjemy jakiś uroczy zaułek, albo jakaś przytulną kawiarenkę w której z pewnością spotkamy kogoś interesującego. A historia i sztuka będą nas po prostu ścigać nie tylko w każdym muzeum czy galerii, ale dosłownie za każdym rogiem ulicy.
Zwiedzane Paryża to prawie obowiązek. Niezwykłe bogactwo życia kulturowego od dawna przyciągało z całego świata rzesze wielbicieli najrozmaitszych gatunków malarstwa i literatury. Tutaj też inżynier Eiffel zbudował słynną wieżę udowadniając, że Paryż też może pokazać kontrowersyjne w owych czasach cuda techniki. Do Paryża wybierali się również polscy arystokraci i uczestnicy powstań narodowych. Mało kto wie, że z pałacu w Łańcucie do Paryża przyjeżdżano między innymi po to by uprać bieliznę i kosztowne kostiumy.
Co w Paryżu powinniśmy zwiedzić
Spacer proponowałbym zacząć od katedry Notre-Dame. Katedra i jej niesamowite gargulce w kształcie potworów, których rola polega na odprowadzaniu wody z dachu, wprowadzą nas we właściwy nastrój. Polecam też sąsiednią kaplicę Sainte-Chapelle z przepięknymi witrażami. Natomiast wielbicielom flory i fauny polecam pobliski ptasi targ gdzie w niedzielę można uzupełnić swoją kolekcję ptasich przyjaciół o kolorowe, niesamowite wręcz gatunki. Warto tutaj również kupić kwiaty i inne ogrodowe didaskalia. A na sąsiedniej wyspie Ile-Saint-Louis (wyspa Świętego Ludwika) znajdziemy w bocznym ołtarzu kościoła St-Louis-en-l’Ile epitafium poświęcone rodzinie Czartoryskich. Miłośnicy poloników powinni również przespacerować się bulwarem Boulevard Saint Germain i udać się do najstarszego kościoła w Paryżu – Saint-Germain-des-Prés. Spoczywają tutaj szczątki polskiego króla Jana Kazimierza, który oddał koronę i został opatem tutejszego klasztoru. Piękna płaskorzeźba w bocznym ołtarzu przedstawia tę historię.
Katedra Notre-Dame
Kontrowersyjna nowoczesność
Miłośnikom sztuki nowoczesnej, awangardy i nowinek technicznym polecam G. Pompidou Centre. Jest to wywrócony na zewnątrz budynek ze wszystkimi instalacjami na wierzchu. Tak więc elewacje przypominają wnętrza hal produkcyjnych jakiejś fabryki. Wewnątrz ciekawe nowoczesne obrazy i rzeźby. Jest nawet seria drapaczy chmur, które gimnastykują się w takt muzyki poruszając skrzydełkami. A na skwerku przed budynkiem obok niezliczonej ilości kafejek i sklepików z pamiątkami znajdziemy wynurzające się z tafli wody kolorowe, poruszające się awangardowe rzeźby. Raj dla miłośników robotyki i sztuki.
Centrum Pompidou
Skąd bierze się dobre wino
Wiele tomów napisano na temat dobrego, francuskiego wina. Ciekawostką jest fakt, że jedyna jeszcze produkująca ten napój bogów winnica w Paryżu jest położona niedaleko bazyliki Sacré-Coeur. Niewielka, prawie jak ogród przyciąga oczy soczystą zielenią. A tuż obok jest klub nocny, czyli gospoda Au Lapin Agile (pod Żwawym Królikiem). Troszeczkę winnych krzewów znajdziemy również w przepięknych ogrodach Jardin-du-Luxembourg.
Jedyna winnica w Paryżu na Montmartre
Historia z dreszczykiem
Kto jest lękliwy, niech tam nie wchodzi. Mowa oczywiście o Catacombes (katakumbach). Znajdziemy tutaj szczątki tych co żyli, bawili się i na przestrzeni wieków budowali Paryż. Ich kości przeniesione z cmentarza Les Halles zostały pieczołowicie poukładane w dawnych rzymskich kamieniołomach, wiele metrów pod ziemią. A na ścianach cytaty znanych myślicieli o życiu i przemijaniu. Ale Paryż to centrum wesołości, a nie smutku i o tym napiszę wkrótce.
dr Ryszard F. Popławski
Memento mori w Katakumbach
dr Ryszard F. Popławski
- 1
- 2
- 3
- 4
- Następne »
Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.
































