10 sty 2014

Zmiany klimatyczne których jesteśmy świadkami, spowodowały zwiększone ilości wód w wielu rzekach na świecie. Podróżując tu i ówdzie, kilka rzek wywarło na mnie ogromne wrażenie i o ich potędze tu mowa.

Mississippi
Rzeka olbrzym, wije się leniwie wśród soczystych, zielonych krzewów. Pokaźne tereny zajmują rozlewiska, w których żyje ogromna liczba różnych gatunków zwierząt i ptactwa wodnego. Warto powędrować pieszo wzdłuż jej brzegów, albo jadąc rowerem lub motocyklem wchłaniać jej urzekające wilgotne powietrze. Od dawna służyła jako szlak komunikacyjny, ale w dzisiejszych czasach konkurencję robi jej linia kolejowa. Pociąg skąpany w miedzianozłotych promieniach zachodzącego słońca przypomina gigantycznego węża, szybko podążającego w kierunku zdobyczy. Rzeka stanowi temat wielu kowbojskich ballad i przyśpiewek. Jedna z nich „O mighty Mississippi”, w której, jeśli się wsłuchamy w słowa, znajdziemy ślady dawnych ludzkich dramatów. Jedna ze strofek mówi: „Jeszcze pamiętam kobietę broczącą w wodzie, wysoko trzymającą niemowlę”.
10
Linia kolejowa nad Mississippi

La Plata
Rzeka, której koryto, a właściwie delta na poziomie Buenos Aires – Colonia del Uruguay posiada aż 100 kilometrów szerokości, dlatego przebycie jej promem zajmuje około 4 godzin, natomiast wodolotem tylko jedną godzinę. Rozmiar rzeki jest taki, że patrząc na Wisłę w okolicach Warszawy można ze spokojnym sumieniem zanucić inną, tym razem polską piosenkę: „Gdzie strumyk płynie z wolna…”.Wody La Platy są muliste, przypominają czarną herbatę. Nie odstrasza to jednak niektórych amatorów kąpieli i plaża w Montevideo w Urugwaju pełna jest takich amatorów. Wybredniejsi podążają dalej na północ na przykład do Piriapolis i kąpią się w morzu.
16
La Plata w Montevideo

Amazonka
To pełna temperamentu rzeka jak kobieta. Miałem okazję oglądać ją podczas burzy i niewiele jest takich niewiast, które dorównują Amazonce swoją wściekłością. Pewnie dlatego i nazwa tej rzeki ma swoje uzasadnienie. Ale pozytywna strona jest taka, że burza, choć gwałtowna i niebezpieczna, tak szybko jak przyszła, tak i odeszła. Polecam wycieczkę stateczkiem po tej właśnie rzece. Zobaczymy nawet kąpiących się, którym piranie niestraszne.
6
Co tam piranie, Amazonka jest piękna

Río Iguazú
Potęgę tej rzeki najlepiej zobaczyć przy słynnych wodospadach – Foz do Iguaçu od strony Brazylii, lub Cataratas del Iguazú od strony argentyńskiej. Żona Clintona powiedziała, że Niagara przy tych wodospadach to kurek w zlewie. Nic dodać nic ująć. Od strony brazylijskiej wodospady ogląda się od dołu z drewnianego pomostu, widok jest jak w amfiteatrze. Od strony argentyńskiej wodospad ogląda się z góry, z boku, jest dosłownie na wyciągnięcie ręki. Leniwe nurty rzeki ogląda się natomiast od strony Paragwaju. Warto zwiedzić zaporę Itaipú, stanowiącą dobry przykład wykorzystania potęgi rzeki do celów energetycznych. Niedaleko stąd jest ciekawe schronisko dzikich zwierząt żyjących w okalającej dżungli. Ich chrząkanie albo szczebiotanie w przypadku ptaków miesza się z wszechobecnym rykiem spadającej wody. Ponieważ wodospady są rozległe – efekt jest stereofoniczny i to w naturalnej postaci. Polecam wycieczkę pontonem pod wodospad, wtedy wodna kurtyna oddzieli nas od reszty świata.
1
Wodospady – Cataratas del  Iguazu

Mekong
Rzeka żywicielka. Niezliczone bogactwo ryb i owoców rzeki na wyciągnięcie ręki. Połowy odbywają się przy użyciu tradycyjnych metod, co doskonale upiększa klimat rzeki. Smak dawnych Indochin. Polecam przejażdżkę łodzią z miejscowości Luang Prabang (miasto tysiąca słoni) w Laosie. Wzdłuż rzeki namorzynowe zagajniki oraz rozsiane tu i ówdzie warsztaty wytwarzania papieru, tkanin, nalewek, wszystko według dawnych technologii, receptur.
27
Urok Indochin poznamy nad nostalgiczną rzeką Mekong w Laosie

Columbia
Ogromna rzeka bierze swój początek w kanadyjskich Górach Skalistych w prowincji British Columbia, stąd jej nazwa. Dalej leniwie wijąc się oddziela stan Washington od Oregonu. Na uwagę zasługuje kunszt sztuki inżynierskiej – gigantyczne stalowe mosty. Przejażdżka po nich oprócz podziwiania potęgi rzeki jest również okazją do podziwiania skomplikowanych konstrukcji.
25
Columbia spogląda na kunszt sztuki inżynierskiej

Dr Ryszard F. Popławski

08 sty 2014

Jedni żyją wspomnieniami z minionych wakacji, inni dopiero wybierają się do ciepłych krajów. Ja natomiast polecam zaplanować wiosną lub latem wypoczynek na fryzyjskiej wyspie Norderney. Wyspa choć niewielka, ma wiele zalet, a główne jej walory to skarby natury i przepiękna muzyka.
56
Tyle co pozostało z dumnego poskramiacza sztormów

Plaże, wydmy i „świętojańskie” glony

Atrakcją wyspy są dobrze zorganizowane plaże. Piasek jest czysty, a morze poprzedzielane jest kamiennymi groblami i drewnianymi falochronami. Nad bezpieczeństwem kąpiących się czuwają od ponad 150 lat ratownicy. Kąpiele w wodzie i w słońcu urozmaicają swoim charakterystycznym piskiem wszędobylskie mewy. Kutry rybackie regularnie przemierzające wody koło plaży nie mogą się od nich opędzić. Nie brak też tutaj niekończących się traktów spacerowych oraz ścieżek i parkingów dla rowerów. Również nietrudno natknąć się na czysto utrzymane sanitariaty. A przy głównym deptaku co rusz jakaś elegancka restauracja, gdzie przy lampce wina i dobrym posiłku można oglądać panoramę morza. Bardziej w głębi rozlokowały się stylowe domy wczasowe pamiętające jeszcze XIX wiek. Wieczorem natomiast kuszą wiklinowe kosze plażowe, a te bardziej luksusowe mają podnóżek i stoliczek na winko. Wspaniale chronią od chłodnawego wiatru. A w nocy w wodzie czekają na nas glony zachowujące się jak robaczki świętojańskie. Wystarczy mocniej chlapnąć, by zobaczyć rozbłyskający nagle snop iskier.
14
Kosze plażowe to świetny wynalazek

Spacery po kurorcie i koncerty
Kiedy pogoda nas nie rozpieszcza i zamiast słońca wieją chłodnawe wiatry można pospacerować po miasteczku. Są tu urokliwe domy wczasowe podobne do tych w Sopocie lub Międzyzdrojach. Wszędzie są sklepy z pamiątkami, butiki, a nawet gospoda z syrenką i statuą pirata na dachu. Można też natknąć się na olbrzymią kolorową krówkę. Ale to nie wszystko. Prawdziwą atrakcją wyspy są koncerty i wielu Niemców powiedziało mi, że tylko dla tych koncertów tutaj przyjeżdżają. A dwa, albo i trzy bezpłatne koncerty dziennie przez cały sezon letni to niebywała gratka, ponieważ nieprzerwanie od 33 lat gra tutaj Filharmonia Warszawska. W repertuarze są nawet utwory na życzenie osób z widowni i oprócz klasyki najprzeróżniejszych kompozytorów są też popularne marsze, tanga, walce oraz muzyka z popularnych seriali lub filmów. Dzieci często wybierają muzykę z „Gwiezdnych Wojen”. Większość muzyków jest z Warszawy, ale jest kilku z Lublina, Zamościa i Krakowa. A na puzonie gra Japonka Eiko płynnie mówiąca po polsku.
11b
Koncerty to nie lada gratka

Pył plażowego piasku z powiewem historii
Wyspa Norderney niegdyś była częścią większej wyspy o nazwie Buise. To erozja sprawiła podział na mniejsze wyspy. Obecnie wyspa kształtem przypomina jaszczurkę, ma 14 km długości i dwa i pół kilometra szerokości. Mieszka tutaj 6200 stałych mieszkańców i o wiele więcej turystów i kuracjuszy. Wyspa należała zawsze do Niemiec, za wyjątkiem okresu w czasach wojen napoleońskich, kiedy to na krótko była częścią Królestwa Holandii. W centrum miasta znajduje się alegoryczny pomnik upamiętniający wojnę francusko-pruską z lat 1870-71 w kształcie obelisku zbudowanego z kamieni pochodzących z różnych części państwa, na których wyryte są nazwy landów i miast. A na deptaku w pobliżu pomnika, ze zdumieniem zauważyłem rower o nazwie „Bismarck”. Ale ciekawszy i bardziej dynamiczny jest natomiast pomnik poety Heinricha Heinego.
W drugiej połowie XIX wieku powstał tu kurort do którego przyjeżdżali znamienici goście. W czasach pierwszej wojny światowej uzdrowisko zostało niestety zamknięte, a podczas drugiej była tu baza okrytych ponura sławą wojennych okrętów podwodnych, U-botów. Wprawne oko zauważy zatopione w kostce brukowej półkoliste szyny dawnych zbrojowni, a na wydmach zatopione w piasku żelbetowe postumenty dla artylerii. Raz nawet dzieci muzyków weszły do niezabezpieczonego bunkra, znalazły tam umundurowanych nieboszczyków i ku osłupieniu rodziców wróciły z założonymi na głowę czapkami z epoki.
25
Alegoryczny pomnik wojny francusko-pruskiej

Odwiedziny u leniwych fok

Najciekawsza wycieczka prowadzi przez wydmy i rozlewiska. Najpierw docieramy do majestatycznej latarni morskiej, skąd widać startujące awionetki oraz pasące się krówki i koniki. Wszędzie widać wesoło baraszkujące króliczki. Potem jeszcze rowerem docieramy do małej drewnianej budki, a stamtąd wędrujemy 7 km pieszo przez piaskowe wydmy i ukwiecone na fioletowo łąki z meandrującymi wodami przypływów w których pływają kijanki. Tak docieramy do zachodniego krańca wyspy należącego do parku krajobrazowego Wattenmeer. Tu witamy się z leniwie przeciągającymi się fokami przypominającymi pełzające wałki od tapczanu. A zaryty w piasku wrak statku kusi swoim fotogenicznym kształtem z powodu kolorowych grafitti. Stąd na sąsiedniej wyspie Baltrum widać las wiatraków produkujących prąd. Na wyspę warto przyjechać raz jeszcze żeby powczasować, podreperować zdrowie i mieć prawdziwy święty spokój.
55
Leniwe foki albo wałki od tapczanu

Dr Ryszard F. Popławski

29 paź 2012

Miasto Milwaukee w stanie Wisconsin nadawałoby się perfekcyjnie na gigantyczną strefę kibica, bo tutejsze piwo, motocykle i przebierańcy nie mają sobie równych na całym środkowym zachodzie (Midwest) USA.

Doskonałe piwo, te mniej znane
Dobre piwo to nieodłączny atrybut każdego kibica. Tylko czy wiemy co znaczy dobre. Są tu oczywiście masowi giganci typu Miller czy Pabst, które to piwo można dostać w każdym barze czy markecie. Ale jest pewien wyjątek. To mikro-browar Frontview prowadzony przed kilka osób z jednej rodziny. Piwo jest „handcrafted”, czyli ręcznie robione. Naturalne dodatki np. soku z dyni na halloween czy z żurawin na Boże Narodzenie, etc. czyni z tego napoju prawdziwy majstersztyk. Próżno szukać go w zwykłym supersamie. Tylko kilka barów w mieście oferuje te płynne cacko i trzeba wiedzieć gdzie to jest.

Świat wspaniałych dwukołowych maszyn
To właśnie w Milwaukee powstają wspaniałe latające na dwóch kołach maszyny, które swoim pomrukiem skutecznie kasują ból poważnej operacji na portfelu. Jest tutaj cała ich gama, do wyboru do koloru i w dobrym tonie np. lekarza czy adwokata z Milwaukee jest posiadanie owego nieśmiertelnego cudu techniki. Na szczęście można te motocykle, a mowa oczywiście o Harleyach Davidsonach spotkać coraz częściej na polskich ulicach. Osobiście znam człowieka w Polsce który miał trzy takie motocykle w rodzinie, dla siebie, żony i córki.

Uniwersytet UWM, ale nie w Kortowie
Jest tutaj znany i liczący się Uniwersytet – University of Milwaukee, Wisconsin. Skrót ten sam co Uniwersytet Warmińsko-Mazurski (też UWM) tylko że ten amerykański był w obiegu znacznie wcześniej i to nie jest żart z ostatniej Kortowiady. Jest tutaj również prywatny uniwersytet Marquette o podobno nieco lepszej reputacji, ale jest on bardzo drogi i dzieci w wieku 7 lat zaczynają rowerkiem rozwozić po okolicy ulotki reklamowe, żeby pomału uzbierać sobie na studia.

Zajęcia mieszkańców
Znam Amerykanina, który najpierw nauczył się języka polskiego, a po studiach politycznych w Polsce na UJ (skąd przywiózł sobie żonę – Polkę) jest w Milwaukee strażakiem i zamiast szczerzyć żeby do ludzi za pośrednictwem telewizora, realnie ratuje ludzi z płonących pułapek. Inny Amerykanin ma malutką pracownię odlewniczą i wykonuje z brązu różne rzeźby, dzwony, bądź reperuje uszkodzone pomniki, parkowe figury, etc. O jakże przydałby się w Europie, zwłaszcza po meczach futbolowych. Inny amerykański hobbista ma niewielką fabryczkę czekolady Otterly Lovely (wydrowato pięknie). Niesamowite kształty jego wyrobów i niebiańskie wprost smaki kuszą niemożebnie. Natomiast Polak, profesor meteorologii ma ciekawe hobby, wykonuje z gipsu pozłacane, naturalnych rozmiarów głowy amorków. Chętnych nie brakuje którzy zawieszają te cudeńka na przykład w salonie przy kominku.

Przebierańcy i klub niedźwiedzia polarnego

Raz w roku jest nad jeziorem prawdziwe szaleństwo. Pierwszego dnia roku, tj. 1 stycznia tłumy ludzi wchodzą do lodowatych wód jeziora Michigan. Jedni są stowarzyszeni w klubie niedźwiedzia polarnego – Polar Bear Club, inni wskakują na dziko. Kilku śmiałków wyskoczyło z wody jak święty turecki, czyli bez żadnego stroju. Mieli wielkie szczęście ponieważ już biegli do nich policjanci podobni do fok, a to z powodu strojów nurków i o mały włos nie skończyłoby się to solidnymi mandatami za obrazę moralności publicznej. A nad bezpieczeństwem wszystkich czuwała z góry Opatrzność i policyjny helikopter. Ale to nie golizna czy focze kostiumy były najciekawsze. Na plaży wiwatowały tłumy kibiców z kocami i termosami z gorącą kawą, a najzabawniejsi poprzebierali się na przykład za Elvis’ow Priestley’ow. Swoją pomysłowością mogliby swobodnie konkurować z kibicami Euro 2012. No cóż, Wisconsin daleko, a Europa blisko i bliższa ciału koszula niż sukmana. Wybierającym się do tego stanu polecam przyzwyczaić się do zimnych temperatur podobnie jak to uczynił rysownik z Titanica, który właśnie był ze stanu Wisconsin.

Ryszard F. Popławski

30 kwi 2012

Denver jest największym miastem malowniczego stanu Kolorado. Na wskroś nowoczesne, stanowi świetną bazę wypadową w pobliskie Góry Skaliste – Colorado Rocky Mountains. Uroki miasta i gór w graficznym skrócie zobaczymy na flagach stanowej i miejskiej, które pełnią barw powiewają na wielu rządowych budynkach.

 Miasto Denver powstało w czasach gorączki złota, stanowiło wygodną bazę zaopatrzeniową dla górników. Dzięki cennemu kruszcowi szybko się rozwijało i ten trwający do dzisiaj rozmach widać bardzo wyraźnie. Dzisiaj w lekko ponad półmilionowym Denver dominuje przemysł lotniczy, samochodowy i metalowy, a także elektrotechniczny. Miasto określa się mianem Miasta na Wysokości Mili, ponieważ jest położone w przybliżeniu jedną milę ponad poziomem morza. Mieszka tutaj też garstka Polaków. Podobnie jak w innych mniejszych miastach USA, Kanady czy Australii działa tutaj Dom Polski oraz kilka restauracji i sklepów z naszymi, swojskimi przysmakami. Jest też polski kościół – parafia św. Józefa.

Panorama zatopionego w zieleni Denver

Złoto wciąż aktualne

Denver, którego początki sięgają 1858 roku, powstało około 10 lat po odkryciu złóż złota w Kalifornii. Tereny, na których odkryto złoto, należały wówczas do terytoriów Kansas i Nebraski. Stan Kolorado utworzono znacznie później. Tutejsza gorączka złota i srebra choć może troszeczkę późniejsza, niż ta w Kalifornii, też sprawiła, że szybko powstawały tutaj składy i magazyny materiałów potrzebnych w górnictwie. Jak grzyby po deszczu otwierały się różnego rodzaju saloony, bary, sklepiki i hotele oferujące licznie napływającym przybyszom tego czego potrzebowali. A w miasteczku Boulder powstała słynna na cały świat szkoła górnicza – Colorado School of Mines. Pamiętam, jak w osadzie górniczej Kalgoorlie-Boulder w stanie Western Australia podczas konferencji poświęconej nowoczesnym metodom monitoringu w kopalniach, spotkałem naukowca też z Boulder, ale tego z Kolorado.

Sklepik z pamiątkami w westernowym stylu

Niepotrzebna olimpiada
Jesteśmy obecnie w Polsce w stanie gorączkowego przygotowywania się do igrzysk futbolowych, czego widocznym przykładem jest Warszawa przypominająca wielkie kretowisko, a o kretowiskach i bankach śpiewa się już w Polsce ballady. A tu ciekawostka rodem z Denver, która może stanowić przykład demokracji stosowanej. Miały się tutaj w 1976 roku odbyć Zimowe Igrzyska Olimpijskie. Jednak mieszkańcy ostro zaprotestowali przeciwko ogromnym kosztom, które miasto i stan musieliby ponieść przy tej okazji. I w taki oto sposób olimpiada odbyła się nie w Denver, ale w Innsbrucku.

Chyba tylko w Denver takie pomieszanie brył i stylów

Idealne miejsce na spacery
Wędrówkę po mieście polecam zacząć od budynku Kapitolu, pięknie usytuowanego wśród skwerkowo-parkowej zieleni. Stąd to już tylko kroczek do samego centrum. Troszkę podobne w charakterze do Houston, otaczające nas budynki onieśmielą nas kombinacją niebiesko-zielonkawego szkła i aluminium. Ale nie są przy tym zbyt duże i dlatego nie przytłoczą nas swoimi wymiarami tak jak te na przykład w Nowym Jorku. W samym centrum jest uroczy deptak który wieczorem nagle ożywa i wszędzie na otwartym powietrzu tłumy młodzieży i studentów celebrują zakończenie tygodnia. Niezliczone bary, restauracje i kluby oferują najrozmaitsze dania i rozrywki. Można też nawet o północy zamówić pyszne lody, co też uczyniłem. Wszędzie czysto i porządek, nie ma mowy o potłuczonych buteleczkach po piwie czy papierosowych niedopałkach. Ciekawe jest również miejscowe Zoo, no ale na to nie starczyło mi już czasu. Wolałem zobaczyć zwierzęta w naturze i dlatego po opuszczeniu Denver udałem się do Gór Skalistych – Colorado Rocky Mountains.

Ze skwerkowej zieleni wyłania się  Kapitol

Ryszard F. Poplawski

Galeria

17 kwi 2012

Teksas kojarzy nam się z kowbojami i wielkimi stadami bydła, ale w Houston, największym mieście Teksasu, drugiego po Alasce pod względem wielkości stanu USA czeka nas wiele niespodzianek. Jedna z nich to centrum lotów kosmicznych NASA.

Chciałoby się czymś takim polecieć

Burzliwa historia
Teksas należał niegdyś do korony hiszpańskiej, a po odzyskaniu przez Meksyk niepodległości w 1821 roku stał się częścią tego kraju. Rząd Meksyku pozwalał osiedlać się amerykańskim farmerom ażeby rozwinąć rolnictwo i hodowlę. Odsadnicy wkrótce tak urośli w siłę, że zaczęli domagać się swoich praw, a potem walczyli o niezależne państwo fortyfikując się miedzy innymi w forcie El Alamo. Niemałą rolę odegrał tutaj Samuel Houston, to jego nazwiskiem nazwano największą metropolię Teksasu. W roku 1848 po przegranej wojnie amerykańsko-meksykańskiej Teksas przyłączony został do USA podobnie jak inne północne stany Meksyku. Stolicę stanu ustanowiono wtedy w niedużym mieście San Antonio.

Centrum z kolorowego szkła i stali

Kosmiczne przygody
Houston na wskroś nowoczesne, dynamiczne miasto jest siedzibą firmy elektronicznej ,,Texas Instruments”. Niektórzy z nas pamiętają jeszcze kalkulatory z tej firmy kupione w Peweksie lub od marynarzy, migotające czerwonymi oczkami cyfr zatopionych w czymś co przypominało czarną, płaskodenną łódkę. Bardzo ciekawe jest centrum lotów kosmicznych. Można tutaj na otwartym powietrzu podziwiać statki kosmiczne, pojazdy, rakiety, wszystko oryginalne z różnych epok. Jeździ się wśród tych „eksponatów” elektryczną ciuchcią z wagonikami. Wewnątrz budynków można natomiast podziwiać różne kapsuły statków kosmicznych służące astronautom za mieszkania. Ciekawe są kombinezony astronautów, te z lat 50-tych i te współczesne. Zwiedzam fabrykę promów kosmicznych „Challenger”. Widok jest niesamowity kiedy to coś co migocze niewyraźnie na ekranie telewizora można zobaczyć własnymi oczami. Olbrzymie kadłuby przypominające wieloryby w trakcie montażu no i sterylnie czysta hala produkcyjna, a właściwie laboratorium. Natomiast centrum lotów kosmicznych sprawia wrażenie odległej, niezamieszkałej planety. Nie ma tu żywego ducha, pracownicy poszli na lunch, a wszystko i tak sterowane jest komputerami.

Lunch ważniejszy niż te głupie statki kosmiczne…

Bush Library
Ciekawe w swoim rodzaju muzeum poświęcone prezydentom USA, różnym misjom wojskowym i programom w które angażowały się Stany Zjednoczone. Każdy prezydent USA od George’a Washingtona, Abrahama Lincolna aż do bardziej współczesnych, posiada tutaj wykonaną ze szlachetnego drewna szafkę, a raczej oszkloną gablotkę, a w niej ulubioną fajkę, parasol, kijek do gry w golfa, kapelusz, etc. Moje rozmyślania przerywa szept pani pilnującej porządku, która oznajmia lekko podniecona że „He is coming” (on idzie). Pytam się kto On? „No jak to, Pan nie wie?” – pyta wielce zdziwiona. Patrzę i oczom nie wierze, a tu wprost na mnie idzie George Bush senior w towarzystwie ochroniarzy. Zamieniłem z nim kilka zdań w przeciągu około 15 sekund, a kolega nawet usiłował zrobić mi w tym czasie pamiątkowe zdjęcie. Ochłonąłem trochę i wyszedłem na dziedziniec przed biblioteką, gdzie przywitały mnie pędzące rumaki, odlane z brązu oczywiście. Miałem jeszcze tego dnia okazję zobaczyć raczej skromny dom rodziny Bushów.

George Bush senior w Bush Library

Fantazja chińskiego milionera

Polecam miejscową galerie sztuki, gdzie nowoczesne formy w malarstwie i rzeźbie na pewno nas zainspirują i podobnie jak muzyka Gershwina wprowadzą w amerykański, artystyczny nastrój. Ciekawe jest też muzeum przyrodnicze z gigantycznymi szkieletami dinozaurów. Ale dla spragnionych rzeczy niesamowitych polecam jedyne chyba w swoim rodzaju muzeum, a raczej skansen. Otóż w szczerej pustyni niedaleko Houston, chiński milioner zbudował Chinatown. Są tutaj ogródki chińskie, pływające w jeziorkach żółwie i złote rybki wielkości karpia oraz miniaturowa replika Zakazanego Miasta. Milcząco spogląda na zwiedzających Terakotowa Armia w skali 1:3. Szczegółowo jest też pokazany system tradycyjnego chińskiego budownictwa. Jest to fragment drewnianej konstrukcji budynku z wyeksponowanymi dźwigarami i zastrzałami, które mają za zadanie wytrzymać trzęsienia ziemi. Po zwiedzaniu tej arcyciekawej oazy wracam do miasta gdzie spacer wśród nowoczesnych wieżowców z kolorowego szkła kończę przy gigantycznym, sztucznym wodospadzie. Dzień wieńczę wieczorem z przyjaciółmi w teksańskim barze, gdzie bez kapelusza wstęp jest wzbroniony.

Terakotowa Milcząca Armia

Ryszard F. Popławski

Galeria.

01 mar 2012

Zbliża się rocznica trzęsienia ziemi i katastrofy nuklearnej w Fukushimie w Japonii. Skażenie nie potrwa wiecznie i być może wybierzemy się w przyszłości nad urokliwe jezioro Kawaguchiko, które jest pięknie usytuowane u podnóża najwyższego szczytu tego kraju – góry Fuji-san.

Jezioro osobliwości

Mieszkając w krainie tysiąca jezior i wędrując po świecie nie sposób oprzeć się urokom jezior, które choć położone często daleko stąd przypominają trochę te nasze polskie. Takim jest na przykład jezioro Kawaguchiko w prefekturze Yamanashi, które jest podobne do jeziora Solińskiego w Bieszczadach. Pierwszy mój kontakt z jeziorem był z „lotu ptaka”, czyli podczas wspinaczki na szczyt Fuji-san. Jezioro to jest otulone delikatnym welonem mgieł i trzeba cierpliwie poczekać, kiedy promienie słońca oświetlą kontury jeziora. Z wyższych partii góry kiedy napotyka się już na białe bramy Tori, jezioro jak fatamorgana zniknie nam z pola widzenia.

Jezioro Kawaguchiko zniknęło za chmurami

Relaks nad jeziorem
Prawdziwy relaks zafundowałem sobie nad brzegami jeziora po wyczerpującej, zakończonej sukcesem wspinaczce na Fuji-san. Trudno w całej Japonii wyobrazić sobie lepsze miejsce na wypoczynek. Brzegi jeziora porastają szuwary i tataraki, a w oddali majaczą niewysokie, zalesione góry. Dominującymi drzewami są tu sosny „matsu” albo małe sosny – „komatsu”. Ale można też spotkać krzewy wiśni „sakura”, a nawet drzewa klonowe. Zapominamy o zgiełku i harmiderze wielkich metropolii, a w przeciwieństwie do atmosfery zespołów świątynnych takich jak te w Nikko czy Kamakurze, czujemy się tutaj zupełnie swobodnie. Na przejażdżkę zaprasza statek wycieczkowy w kształcie wielkiego delfina. Inny w „skórze” XIX wiecznego parostatku dumnie prezentuje swój komin. Nieopodal przystani jest ciekawa rzeźba sztuki nowoczesnej przedstawiająca nagie kobiece postacie powyginane w esy-floresy z floralnymi zdobieniami. Są to według miejscowej legendy witalne siły jeziora. A ja wierze, że te właśnie siły spowodują odrodzenie się Japonii po niedawnych katastrofach.

„Delfin” zaprasza na przejażdżkę po jeziorze Kawaguchiko

Lokalne przysmaki
Po takim leniuchowaniu wybrałem się do pobliskiego miasteczka o tej samej nazwie, tj. Kawaguchiko i w supermarkecie spożywczym i kupiłem całe, upieczone na ruszcie kałamarnice. Zanurzone w lekko słodkawym, brunatnym sosie teryaki, wraz z zielonymi glonami stanowiły prawdziwy przysmak. Wszystko to zostało podgrzane w kuchence mikrofalowej z dołączonymi pałeczkami gratis. Nad jeziorem taki nieskomplikowany posiłek smakuje przewybornie. Ale jest tu oczywiście całe mnóstwo ryb i innych owoców jeziora do wyboru. Wieczorem udaje się na spoczynek do miejscowego schroniska młodzieżowego. A tu wielkie ożywienie, młodzież szkolna z Francji. Pytam się czy będą atakować wulkan, czyli wspinać się na Fuji-san. Powiedzieli że nie, tylko na nią popatrzą, a raczej na jej podstawę, ponieważ resztę przykrywał całun mgieł. Zamierzali natomiast wczasować nad jeziorem, czego też Czytelnikom życzę.

Witalne siły jeziora  Kawaguchiko

Ryszard F. Popławski

Galeria.

26 maj 2011

Bez wątpienia Brazylia słynie z barwnego karnawału w Rio de Janeiro. Można też zastanawiać się nad prozą, a raczej marnością życia w slumsach albo podziwiać produkowane w tym kraju niewielkie, supernowoczesne pasażerskie samoloty odrzutowe. Prawie nieznane są natomiast przepiękne wspaniałości natury, a zwłaszcza rezerwat skalny Vila Velha.

Żeby dotrzeć do tych mało rozreklamowanych, ale za to bardzo ciekawych skałek musimy najpierw dostać się do miasta Curitiba w stanie Paraná. Z dworca autobusowo-kolejowego rejsowym autobusem bez trudu dojedziemy do mniejszego, ćwierćmilionowego miasta Ponta Grossa co potrwa około dwu i pół godziny. Dalej z Ponta Grossa bez trudu dotrzemy na miejsce lokalnym autobusem.
Taça – czyli kielich gigant

Kielich olbrzym i śpiący wielbłąd
Skały, które ukażą się naszym oczom są wynikiem erozji, jaka miała tutaj miejsce wiele milionów lat temu, podobnie jak to można zaobserwować w Wielkim Kanionie w USA. Jest jednak pewna różnica. Tutejsze brazylijskie skały przybrały fantastyczne wręcz kształty. Są czerwonawe ponieważ składają się ze skał o dużej zawartości tlenków żelaza. Najbardziej oryginalna to zwana w języku portugalskim Taça, czyli kielich. Jest on ogromny i przeczy niemalże każdemu prawu fizyki. Aż dziw że nie runie. Inna skała nie mniej ciekawa to śpiący wielbłąd. Podobny trochę do tego na Wyspie Króla Jerzego (King George Island) na Antarktydzie, którego miałem okazję podziwiać nieco wcześniej. Z tą różnicą, że ten brazylijski ma delikatną sierść z zielonych traw i ziół.


Odpoczywający wielbłąd

Skalny żółw i Maczuga Herkulesa
Ciekawy jest też skalny żółw, zwany tutaj Tortuga. Wygląda jakby robił konkurencję swoim kuzynom z Galapagos. Ale przerażające wręcz wrażenie robi dopiero dziób gigantycznego statku, który jakby po tsunami zarył się na zawsze w ziemię. Jest też inny wybryk matki natury, twór trochę podobny do Maczugi Herkulesa w Ojcowskim Parku Narodowym. Tylko że ten brazylijski dziwoląg jest szczupły i czerwonawy, a nie krępy i szarobiały.


Brazylijska Maczuga Herkulesa

Paryskie ulice
Najciekawsze są jednak chyba paryskie ulice. Nazwałem tak kaniony porośnięte bujną tropikalną roślinnością ze zwieszającymi się tu i ówdzie lianami. Podobne trochę do tych w Oregonie, usytuowanych niedaleko wodospadu Multnomah Falls. Jest jednak duża różnica i niesamowita wręcz ciekawostka. Tutejsze kaniony, a jest ich całkiem sporo zbiegają się tworząc coś w rodzaju placów, podobnie jak to czynią paryskie ulice. Wrażenie jest niesamowite, zwłaszcza jak się spojrzy do góry. Wtedy geometria tych ulic i placów jest bardzo wyrazista. Skały kontrastują czernią na tle jasnego błękitu nieba. Na dole natomiast, zieleń pnączy i niesamowite wręcz cienie kładące się po skalnych ścianach napawają i grozą i pięknem.

Jeziorko kraterowe
Kolejny cud natury nieożywionej to położone niedaleko stad małe jeziorko kraterowe, coś na kształt gigantycznej studni, na dnie której błyszczy tafla szmaragdowej wody. Lokalna nazwa to Buraco do Padre. Na dół można zjechać supernowoczesną szklaną windą, co też uczyniłem. Po zwiedzaniu łapię autobus z powrotem do Ponta Grossa, urokliwego miasta położonego na niewielkich wzgórzach. Tu i owdzie pod niebo strzelają dumne araukarie. Jest już późna pora, zmrok dawno zapadł. Dworzec jest na szczęście rzęsiście oświetlony, a smakowite zapachy wydobywają się z kilku barów. Można tutaj pójść do fryzjera, kupić używany akordeon albo pomodlić się o szczęśliwą podróż w kapliczce z figurką Matki Bożej i maleńkim basenikiem z wodą i kwiatami tuż obok. Ponadto, tak prozaiczne sprawy jak krawężniki dworca pomalowane są na biały, niebieski lub czerwony kolor i w taki oto prosty sposób umilają podróżowanie. A odjeżdżają stąd autobusy we wszystkich kierunkach, a nawet do Buenos Aires. Ale to nie wszystko, wszędzie wypielęgnowane klomby kwiatowe oraz intensywnie pachnące kolorowo kwitnące drzewa i ani śladu jakiegokolwiek śmiecia czy niedopałka papierosa. Spieszę się do mojego hoteliku, a tu przed dworcem żegna mnie rzeźba – miniaturowa Taça, czyli kielich. Oświetlony intensywnym zielonym światłem, otulony mrokiem nocy tajemniczo zachęca do zwiedzania skalnego rezerwatu Vila Velha, co właśnie uczyniłem.

Przepastne kaniony w Vila Velha

Ryszard F. Popławski

03 mar 2011

Najwyższa góra Japonii – Fuji-san często maskuje się podobnie jak kobieta. Zamiast welonu czy woalki używa do tego celu mgły. Wielu zagranicznych turystów przeżywa rozczarowanie, bo będąc u jej podnóża widzi tylko jej podstawę. Odnosi się wrażenie że góra po prostu zniknęła. Żeby ją zobaczyć niezbędna okaże się wspinaczka.

Z centrum Tokio łapię autobus ażeby wieczorem być u podnóża góry Fuji-san. Po wielogodzinnej podróży wysiadam na placu, otoczonym przez przytulne hoteliki i wydzielające kuszącą woń restauracje i bary. Nie brakuje też sklepików z pamiątkami gdzie można zaopatrzyć się w japońskie flagi bądź kijki wędrowniczki. Wszystko to na wysokości około 1200 metrów. Ażeby osiągnąć szczyt położony na wysokości 3776 metrów dalej trzeba iść pieszo. Dochodzi godzina 22.00. Wejście na górę o tej porze jest ambitnym celem Japończyków, musza oni przynajmniej raz w życiu górę zdobyć. Jeżeli zacznie się wspinaczkę wieczorem, to jest szansa że ze szczytu góry pierwsi na świecie zobaczymy wschodzące słońce i początek nowego dnia. Wszyscy inni ludzie zobaczą słońce deja vu – czyli już widziane.


Wspinaczka o poranku

Idylliczne widoki i choroba wysokościowa

Na placu ruch i ożywienie. Grupy młodych roześmianych Japończyków szykują się do szturmu o górę. Wesoło stukają kijkami z dzwoneczkami. Jest noc, dlatego trzeba się zaopatrzyć w porządną latarkę. Aż tu nagle choroba wysokościowa dopada mnie po raz pierwszy w życiu. Co ciekawsze nie dopadła mnie ani w Machu Picchu, ani na jeziorze Titicaca gdzie byłem kilka lat wcześniej. Postanawiam przejść chociaż trochę, żeby zobaczyć słońce w prawdziwie górskiej scenerii, a nie z okien hotelu. Słońce witam siedząc na rozłożystej sośnie która poskręcana od wiatru kształtem przypomina fotel, zapewniając duży komfort. Widok jest niezapomniany. O świcie, czerwono-pomarańczowe słońce jak gigantyczna landrynka wyłoniło się zza sinoszarej mgły.


Wschodzące nowiutkie słońce

Japońska kawaleria i piechota

Ponieważ największe tłumy przewaliły się w nocy, z rzadka mijają mnie niewielkie grupki turystów, sami Azjaci. Kilku japońskich kowbojów, jeden w czarnym kapeluszu, konno zaatakowało górę. Zbocza pokrywają murki oporowe ułożone w zygzaki, zapewniające stabilność. Widoki dookoła przepiękne. Góra która dzisiaj przedstawia rumowisko tufów i popiołów, jeszcze 200 lat temu była aktywnym wulkanem. Nagle w pełnym umundurowaniu, w hełmach i z plecakami energicznie maszeruje oddział wojskowy. Wykonują ćwiczenia kondycyjne, jest wśród nich kilka kobiet. Przypominają trochę żółwie Ninja.


Japońska piechota na manewrach

Japońscy górale

Wspinaczka jest dość nużąca zważywszy ze mam około 23 kilo bagażu, jeden duży plecak i mniejszy z przodu. Z zazdrością patrzę na wspinających się tylko z podręcznym bagażem. Planuję zejście inną trasą, dlatego mam cały ekwipunek przy sobie. Po drodze jest 10 stacji odpoczynkowych gdzie można zostać na nocleg. Dostaje się wtedy koc i śpi na macie jak naleśnik na patelni ułożony obok innego naleśnika. Można też za bajońską sumę pieniędzy kupić wodę do picia lub puszkę z tlenem. Na stacjach japońscy górale podobni do krasnali, swymi brodatymi, smaganymi przez wiatr twarzami podkreślają szlachetność swojego wieku. Wypalają na kijkach-wędrowniczkach symbole danej stacji. Na dachach drewnianych zabudowań widać barwne czerwono-różowe mozaiki. Tak suszą się koce. Do trzech ostatnich stacji droga wiedzie przez śnieżnobiałe bramy Tori. W dole widać przepiękne jezioro Kawaguchi-go częściowo spowite mgłą. Ponadto chmury dookoła na wyciągnięcie ręki potwierdzają że jestem naprawdę w niebie. Musze jednak trzymać się łańcuchów żeby przypadkiem nie poszybować.


Z japońskim góralem

Lody we wnętrzu krateru

Około piątej wieczorem zdobywam szczyt. Skały wokół oraz wewnętrzne ściany krateru są czerwonawo-brązowe, a w jego wnętrzu na dole widać śnieg i lód. Wszyscy robią sobie pamiątkowe zdjęcia. Ale to garstka w porównaniu z tymi, którzy jeszcze tak niedawno wesoło wyruszali w trasę. Szybko zapada zmierzch, a tu trzeba inną trasą zejść na dół. Grzęznę po kostki w luźnych tufach wydzielających przy okazji nieprzyjemny zapach. A po drodze jest już tylko jedna stacja i to nie odpoczynkowa, ale blok toaletowy. Ze swoich zapasów dopijam resztki mdłej Coca-Coli, bo woda dawno mi się skończyła. Zmordowany do ostatnich granic jak do zbawienia docieram do miejsca gdzie zaczynają się drzewa. Dochodzę wreszcie do najbliższego miasteczka Kawaguchi-go i w hoteliku jak martwy rzucam się na łóżko.

Wreszcie zdobyłem wulkan

dr Ryszard F. Popławski

Galeria.

09 lut 2011

W karnawale łatwo się zatracić zwłaszcza, jeśli za miejsce szaleństw obierzemy Rio de Janeiro. Po świetnej zabawie można jednak wybrać się na południe Brazylii żeby zobaczyć jak ten kraj naprawdę żyje na co dzień. Polecam dwumilionową metropolię Kurytyba (Curitiba), często wygrywającą pierwsza nagrodę, jeśli chodzi o komfort życia spośród krajów Ameryki Łacińskiej.


Rua das Flores – romantyczny deptak

Centrum nauki, kultury i elegancji

Kurytyba, stolica stanu Paraná, słynie ze swej europejskości, dobrego klimatu i brazylijskiego artystycznego smaku. Nie znudzimy się tutaj spacerując po starówce zabudowanej urokliwymi kamieniczkami pnącymi się pod górę. Tutaj można podziwiać barokowy budynek muzeum Museu Paranaense, a dalej urokliwy kościółek. Wokół rozstawiły się kwiaciarki wzmacniając jeszcze koloryt obfitych tutaj klombów kwiatowych.

Podczas dni wolnych od pracy i świąt rozstawiał tutaj swój straganik Tadeo „Rei do Pierogi”, czyli pan Tadeusz, polski Król Pierogów. A nad jego straganem dumnie powiewała biało-czerwona flaga. Niegdyś była tutaj nawet polska restauracja Varsovia.

A na głównym deptaku Rua das Flores tłumy spacerowiczów delektują się smakołykami oferowanymi tutaj w niezliczonych restauracjach, barach i kafejkach. Po rozkoszach Bachusa warto przejść się na spacer. Polecam położony niedaleko centrum ciekawy ogród botaniczny stylizowany na styl paryski.


Tadeu i jego pierogi pod polską flagą

Olho czyli Centrum Sztuki Nowoczesnej

Niesamowity wręcz budynek w kształcie gigantycznego oka, tak też zwanego tutaj po portugalsku Olho, mieści w sobie Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Zaprojektowany przez Oscara Niemeyera stanowi nie lada atrakcję. Zwiedzający podziwiają obrazy spacerując we wnętrzu tegoż oka. Wszystko jest pilnie strzeżone i nawet folia na cukierkach wywołuje alarm na bramce.


Galeria sztuki nowoczesnej

Autobusowe gąsienice i szklane przystanki

Trafne jest porównanie autobusów jeżdżących po Hawanie do wielbłądów, ale tutaj mamy do czynienia z prawdziwymi gąsienicami. Pomalowane podobnie jak taksówki na pomarańczowo składają się z trzech segmentów i są tak długie, że sprawiają wrażenie podmiejskiego pociągu. Jeżdżą żwawo zabierając tłumy pasażerów. A przystanki w kształcie szklanych rur robią futurystyczne wrażenie, chroniąc przy tym skutecznie przechodniów przed złośliwymi atakami aury. Tam natomiast gdzie nie ma takowych rur, wszyscy stoją grzecznie w kolejce i przestrzegają pieczołowicie kolejności. Innymi słowy nikt się nie pcha i nie rozpycha.


Autobus-gąsienica

Bosque do Papa – skansen polskich osadników

Autobusem możemy bez trudu dostać się do Bosque do Papa, czyli skansenu polskich osadników w stanie Paraná. Wszystko podobnie urządzone jak w Olsztynku. Wzruszające podobieństwo domostw zamieszkałych przez Polaków z przełomu XIX i XX wieku. Jest też kapliczka z wizerunkiem Matki Boskiej Częstochowskiej, poświecona przez Jana Pawła II. W pobliskim parku jest pomnik tego wielkiego Polaka, ale o nieco brazylijskiej twarzy. Natomiast już poza ogrodzeniem, troszeczkę ozdobiony przez graffiti dumnie prezentuje się pomnik Mikołaja Kopernika, dar narodu polskiego dla Brazylii. 


Polski skansen Bosque do Papa

Polski siewca zostawia ślady

Interesująca jest stacja kolejowa przekształcona w nowoczesne centrum handlowe. Oprócz dobrych restauracji, kawiarenek i sklepów z fasonowymi ubraniami jest też olbrzymia księgarnia. Ale najciekawsze jest unikalne Muzeum Farmacji a także Muzeum Kolejnictwa, gdzie kantorki biletowe wykonane z przepięknego drewna przeniosą nas w świat podróżowania z epoki pary. Niedaleko stacji jest skwerek a w nim pomnik polskiego rolnika zasiewającego pole z płachty przewieszonej przez ramię. Widniejąca tablica pamiątkowa została ufundowana w 1922 roku przez miejscową Polonię. Ale niestety, oryginalną skradziono na początku XXI wieku i teraz widzimy tylko replikę.


Pomnik Polskiego Siewcy

Uniwersytet Parański

Koniecznie trzeba zwiedzić Universidade do Paraná z piękną klasycystyczną fasadą głównego budynku. Tutaj kształciło się wielu Polaków, dzieci emigrantów. To chyba jedyny kraj na świecie gdzie Polak ma bardzo dobrą opinię, jako wzorowego rolnika lub osoby wykształconej, zajmującej kluczowe stanowiska w gospodarce tego kraju. No i widzimy, że Brazylia kusi przecież nie tylko sambą i Karnawałem.

dr Ryszard F. Popławski

Galeria.

02 lut 2011

Kto lubi zimę powinien koniecznie odwiedzić Kanadę. Właśnie o tej porze roku duchy poszukiwaczy złota, traperów i ujeżdżaczy dzikich mustangów tworzą wraz ze współczesną elegancją i nowoczesnością prawdziwy koktajl godny poszukiwaczy przygód.


Centrum Edmonton

Ostatni przystanek cywilizacji

Stolica prowincji Alberty, miasto Edmonton położone w samym jej sercu, stanowi od czasów gorączki złota w Klondike świetną bazę wypadową. To właśnie tutaj, poszukiwacze cennego kruszcu i traperzy od ponad stu lat zaopatrywali się w odpowiedni sprzęt. Kilofy, łopaty oraz patelnie do wypłukiwania samorodków z potoków można było tutaj kupić w wielkim asortymencie. Nie mniej ważne były też dobre ubranie, dżinsy, skórzane ciepłe kurtki i takoweż obuwie. Wytwórcy konserw z fasolką, dostawcy suszonego, pokrojonego w paski mięsa dorabiali się tutaj fortun w astronomicznie szybkim tempie. Ich zarobki często przewyższały wartość złotego urobku niejednego górnika.

Tutaj można było się również dobrze zabawić i do syta najeść przed wyprawą na daleką Północ. Po opuszczeniu Edmonton na szlaku po złote runo można było napotkać już tylko małe, senne miasteczka, gdzie warunki dalekie były od jakiegokolwiek komfortu. Z tamtej epoki pozostało używane w Kanadzie do dzisiaj powiedzonko o chlebie na zakwasie i przygaszonych nadziejach jako jedynych towarzyszach doli lub niedoli kopaczy złota.

Dzisiaj natomiast można podziwiać miasto, które zachwyci nas swoją elegancją, czystością i porządkiem. W centrum natkniemy się na przykład na wieżowiec pokryty niebieskawymi szklanymi taflami, a przypominający trochę kolbę kukurydzy. Ale na zakupy najlepiej wybrać się do największego na półkuli północnej centrum handlowego. Wśród gąszczu rollercoasterów, sklepów, kin, na uwagę zasługują lodowiska gdzie trenują hokeiści z kanadyjskiej pierwszej Ligii. Można też podziwiać naturalnej wielkości wierną kopię statku „Santa Maria” Krzysztofa Kolumba oraz wyspę piratów. Wszystko oczywiście pod dachem. Natomiast w północnej części miasta warta odwiedzenia jest olbrzymia prawosławna cerkiew z pięknymi mozaikami i ikonostasami.


Santa Maria Krzysztofa Kolumba

Piramidy, kwiaty i origami

Niezmiernie ciekawy jest tutaj Ogród Botaniczny. Ktoś kiedyś wpadł na koncept zbudowania czterech identycznych szklanych piramid o kształcie podobnym do tej w Luwrze. Każda piramida to miniaturowy ogród botaniczny z roślinnością charakterystyczną dla danego kontynentu. I tak w jednej mamy florę Australii i Oceanii, w innej Azji, Afryki i Ameryki Południowej. Soczysta, tropikalna lub pustynna roślinność i kwiaty dobrze kontrastują z surowością kanadyjskiego klimatu, gdzie napotkać można albo trawiaste stepy albo jodłowe lasy przykryte śniegiem.

A w jednej z piramid barwna ciekawostka. Rozpostarte jak gigantyczny baldachim, girlandy kolorowych żurawi wykonanych według japońskiej sztuki składania papieru origami. Akurat tutaj młoda para kanadyjskich Japończyków robi sobie pamiątkowe zdjęcia.


Origami we wnętrzu piramidy

Kompanie olejowe i sezamki

Edmonton, podobnie jak Calgary, jest siedzibą wielu kompanii olejowych i stowarzyszonych z nimi firm geologicznych zajmujących się poszukiwaniem nowych złóż. Prawdziwy raj dla geologów i nafciarzy. Dla turystów to również świetna baza wypadowa do parków narodowych Banff i Jasper, gdzie poczujemy klimaty kanadyjskich Gór Skalistych.

Przed wyprawą w góry trzeba się koniecznie zaopatrzyć w prowiant, ale jakież będzie nasze zdumienie kiedy odkryjemy, że prawie na każdej stacji benzynowej w niemalże całej prowincji Alberta można kupić sezamki z napisem „Made in Poland”, czyli rodem z Polski. No, oprócz ziarna sezamowego oczywiście. A batoniki te zawierające również olej, tylko że roślinny z pewnością dodadzą nam energii podczas wspinaczki po zaśnieżonych szczytach.


W Edmonton można zobaczyć również cerkiew

Wszystkie drogi prowadza na Uniwersytet

Edmonton to nie tylko miasto związane z gorączką złota. To również prężny ośrodek naukowy z bardzo rozbudowanym uniwersytetem The University of Alberta. A na kampusie, na jednym z budynków jest bardzo ciekawa, barwna ceramiczna mozaika. Jej żywe kolory z pewnością dodają studentom i profesorom wigoru i ochoty do pogłębiania wiedzy. Oprócz kierunków związanych z górnictwem naftowym, wielką wagę przywiązuje się tutaj również do ochrony środowiska i do przetwarzania surowców wtórnych. Jak piękne jest to naturalne środowisko nie zniszczone przez człowieka przekonałem się naocznie w Kanadzie, a tego wszystkim Czytelnikom z całego serca życzę.


Mozaika na kampusie The University of Alberta

dr Ryszard F. Popławski

Galeria.

Dr Ryszard F. Popławski

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.